Po raz kolejny przyszło nam żyć w ciekawych czasach. Świat płonie. Informacje budzą dreszcze. Nie wiadomo, co będzie, ale też nie wiadomo do końca, co jest. Trudno z ogromu dobijających się do nas ze wszystkich stron informacji wyłuskać to, co faktyczne, czemu bliżej do truth niż do fake. W tym chaosie znaczeń i treści pojęcie cyrku często wykorzystywane jest w artykułach i relacjach jako synonim bałaganu i głupoty. Przywołuje się je najczęściej w kontekście politycznych zdarzeń, dodając wisienkę na torcie w postaci klauniarskich przedstawień Donalda Trumpa. A jak się ma do tego cyrk, ten prawdziwy, współczesny, przyglądający się bieżącym wydarzeniom? Z jednej strony jest postrzegany jako miejsce, do którego można uciec od zgiełku codzienności. Przenieść się w inny świat, gdzie wszystko jest możliwe i gdzie zapomina się o problemach. Jako flagowy element kultury popularnej dostarcza przyjemności i rozrywki, pełniąc przy tym funkcję wentylu bezpieczeństwa. Pozwala odetchnąć, rozładować stres i lęki. Z drugiej strony ma olbrzymią tradycję i potencjał wbijania szpilki tam, gdzie najbardziej boli. Serwowania najsurowszej krytyki. Przejmowania roli krzywego zwierciadła, w którym odbija się rzeczywistość, co wywołuje śmiech, ale i kłuje w oczy.
„Sztuka i kultura w czasach niepewności czasem muszą pociągnąć do odpowiedzialności rządzących, postawić teraźniejszość w kontekście przeszłości, a czasem pokazać, dokąd mogą zaprowadzić nas nasze działania”. Taki postulat i cel zarazem postawił sobie team organizujący kolejną edycję programu PLAY w berlińskim Chamäleon Theater. To jedno z niewielu miejsc w niemieckiej stolicy, które poświęcone są w całości sztuce cyrku. Na jego scenie można zwykle oglądać duże, współczesne produkcje pełne akrobacji i precyzyjnego ruchu. Występowali tam między innymi Circus La Putyka z Czech czy Gravity and Other Myths z Australii. Tym razem scenę nie tylko oddano realizowanym z mniejszym rozmachem spektaklom, lecz także stworzono przestrzeń dla treści zaangażowanych społecznie, gdzie wybrzmieć mogły egzystencjalne, tożsamościowe i polityczne tematy. Miałam przyjemność zobaczyć trzy produkcje i wszystkie trzy wywołały u mnie dreszcze, a każda z innego powodu.
Oda do dojrzałych ciał cyrkowych
Ciała cyrkowe, jak każde inne, przemijają. Zmieniają się, dojrzewają i starzeją. Przede wszystkim jednak niosą ze sobą historię. W ich organiczne tkanki wpisane są choreograficzne sekwencje, spektakularne triki, akrobacje, żonglerskie kalkulacje. Odbijają się w nich kontuzje, przeciążenia i stres. Ciało pamięta, jest organicznym archiwum. Polem sukcesów, porażek i walki z prawami fizyki. Mapą naznaczoną wydarzeniami z przeszłości, które kształtują to, jak wygląda teraźniejszość. Ciało to również podstawowe narzędzie i podmiot pracy w cyrku. Nieustannie podejmuje nowe wyzwania, podnosi poprzeczkę, przekracza kolejne granice, a przy tym wydatkuje energię, ściera, nadwyręża, przeciąża i wyczerpuje swoje tkanki.

Zdj. 1: Glorious Bodies belgijskiego kolektywu Circumstances, foto: Heroen Bollaert
Nie ma co ukrywać, scena cyrku współczesnego zdominowana jest przez młode, giętkie i silne ciała. To one mają przywilej widoczności. Ich siły witalne wciąż pozwalają na wysokie tempo performatywnych i fizycznych eksploracji. Z wiekiem ilość tolerowanego obciążenia zmienia się. Ciało ulega przekształceniom, zwalnia. Wiele osób artystycznych często decyduje się wtedy na zmianę dyscypliny, zejście ze sceny czy zupełnie nową branżę. Czy wiek jest zatem czynnikiem dyktującym granice pracy? Jak struktura cyrku traktuje starzejące się ciała? Czy jest w niej dla nich miejsce? I jak z przemijaniem radzą sobie sami występujący? Czy potrafią zaakceptować zmiany? Jakie uczucia towarzyszą im w konfrontacji z upływającym czasem? O tym właśnie opowiada spektakl Glorious Bodies belgijskiego kolektywu Circumstances. W jego skład wchodzi sześć osób specjalizujących się w akrobatyce partnerskiej, a każda z nich ma doświadczenie pracy w klasycznym/tradycyjnym cyrku. Najmłodsza z nich ma 57 lat, najstarsza – 69. Wychodzą na scenę, żeby podzielić się swoją historią, doświadczeniem, ale i zmaganiami.

Zdj. 2: Glorious Bodies belgijskiego kolektywu Circumstances, foto: Heroen Bollaert
Na początku widać tylko ich cienie. Trudno określić, kim są, a tym bardziej, w jakim są wieku. Kiedy opada pierwsza warstwa materiału i możemy zbliżyć się do ich poznania, kolejne kurtyny przesuwane dynamicznie po stelażu skutecznie uniemożliwiają oglądanie akrobatycznych elementów choreografii. Przeszkadzają, usuwają z pola widzenia. Jednocześnie budzą ciekawość tego, czego właśnie nie pozwala się nam zobaczyć. Sami artyści i artystki również sabotują swoją pracę. Wypychają się nawzajem ze sceny, uciekają od światła, unikają bycia w centrum uwagi. Czy można na nich/nie patrzeć? W końcu opadają wszystkie zasłony, już nie ma ucieczki, pozostaje całkowita widzialność, a wraz z nią akrobatyczna uczta i przejmujący pokaz cyrkowej wspólnoty.


Zdj. 3 i 4: Glorious Bodies belgijskiego kolektywu Circumstances, foto: Heroen Bollaert
Z dojrzałych ciał powstają zapierające dech w piersiach figury, dynamiczne choreografie obfitują w wyrzuty, spadki i skomplikowane balanse. A wszystko oparte na współpracy, porozumieniu, empatii i nieustającym wsparciu. Artyści i artystki poklepują się po plecach. Dopingują się nawzajem. To, co się dzieje, sprawia im radość. Robią sobie żarty. Rzucają wyzwania. Kto dłużej wytrzyma? Biegają wokół sceny, aż zostanie jeden/jedna z nich. Kiedy wydaje się, że to już koniec, że zobaczyliśmy już wszystko, dostajemy jeszcze więcej. Publiczność jest zmuszona zredefiniować swoje wyobrażenia odnośnie starości. Pojawienie się dojrzałych ciał może budzić niepokój i wątpliwości.

Zdj. 5: Glorious Bodies belgijskiego kolektywu Circumstances, foto: Heroen Bollaert
Czy to się w ogóle może udać? Czy będzie to raczej rodzaj cyrkowej arteterapii, w której oklaski pojawiają się bardziej z grzeczności niż zachwytu? Circumstances miażdżą stereotypy. Obezwładniają je nie tylko swoimi umiejętnościami, lecz i akceptacją zmieniającego się ciała. Odwagą i bezkompromisowością w opowiadaniu o starości, a przy tym ciepłem, dowcipem czy wreszcie odpowiednią dozą wrażliwości. Na koniec, bardzo metaforycznie, zwartym szeregiem, obejmując się nawzajem, zmierzają w stronę światła. W pełnym zadowoleniu i spełnieniu zaglądają w oczy wielkiemu finałowi.
Eksperymentalne negocjacje
EZ w języku baskijskim znaczy „nie”. Taki też tytuł ma spektakl Zed Zanzu. „Nie” jednak nie jest tu zarzewiem konfliktu. Wręcz przeciwnie. Jego obecność stwarza możliwość pojawienia się „tak”, jest dla niego zaproszeniem, ale i koniecznym warunkiem podjęcia świadomego swoich konsekwencji wyboru. „Tak” może prawdziwie wybrzmieć wyłącznie w obecności „nie”. Na ciemnej scenie pojawia się osoba, jej ciało ciasno oplatają uprzęże. Podpina się szeregiem spokojnych i skoordynowanych ruchów do jednego z końców wiszącej liny; po drugiej stronie znajduje się wypełniony wodą cylindryczny pojemnik. Rozpoczyna się choreograficzny dialog. Nie wiadomo do końca, kto krąży wokół kogo i kto nadaje rytm zdarzeniom. Zed oddaje przestrzeń obiektowi, podąża za jego ruchem. Innym razem nadaje mu kierunek, wyznacza trajektorie. Unoszą się w górę i opadają. Razem i naprzemiennie. Ich choreografii towarzyszy muzyka. Wreszcie ciało i obiekt zatrzymują się w zawieszeniu ponad sceną. Zed nabiera głęboko powietrza i zanurza głowę w wodzie. Wstrzymuje oddech. Nastaje cisza. 

Zdj. 6 i 7: EZ, Zed Zanzu, foto: Mila Ercoli
W kolejnych scenach pojawiają się kolejne niestandardowe obiekty. Zed dmie w wiszącą metalową rurę, śledzi jej obroty, balansuje nią na ustach. Wszystko robi bez pośpiechu. Spokojne tempo sprawia, że część oglądających zaczyna się wiercić i rozglądać. Zed nie oferuje płynącej ze skomplikowanych trików ekscytacji, ferii wrażeń zalewających swoim ogromem. Operuje na innym poziomie. Zaprasza do współbycia i współtworzenia na zupełnie innych zasadach. Stawia wiele znaków zapytania, podważa relację publiczności z osobą występującą – opartą wyłącznie na oczekiwaniach. „Czy możemy odłożyć je na chwile na bok” – pyta. „Albo wymyślić na nowo?”.

Zdj. 8: EZ, Zed Zanzu, foto: Mila Ercoli
Zed najlepiej czuje się w górze, w zawieszeniu, z dala od zgiełku i ludzi. Bez konieczności konfrontacji z wyobrażeniami czy dopasowywania się do standardów. Wychodzi jednak ze swojej strefy komfortu. Szuka z publicznością kontaktu, którego podstawą jest komunikacja oparta na świadomej zgodzie (consent). Bez niej nic nie może się wydarzyć.

Zdj. 9: EZ, Zed Zanzu, foto: Mila Ercoli
Zed sięga po linę. Z całkowitą precyzją zaczyna oplatać ją wokół swojej głowy. Tworzy siatkę umacnianą węzłami. Marzenie wiszenia za włosy ucieleśniło się w skomplikowanej konstrukcji podtrzymującą głowę, zainspirowaną japońską techniką shibari. Lina przechodzi również przez twarz. Już samo wiązanie wygląda spektakularnie. Zakładanie uprzęży przypomina wkładanie maski. Zed wychodzi z propozycją, zaproszeniem. Szuka osoby z publiczności, która włączyłaby się w kontynuację spektaklu. To jej obecność i współpraca mają pozwolić na realizację kolejnego triku. Długą ciszę przerywa szuranie odsuwanego krzesła. Do krawędzi sceny zbliża się postać – zaproszenie zostało przyjęte. Zed opisuje kolejne kroki, za każdym razem pytając o zgodę/przyzwolenie. Czeka na reakcję, liczy się z każdą możliwą odpowiedzią. Zaraz obie pertraktujące osoby zostaną połączone jedną liną. Wejdą w choreograficzną improwizację opartą na zasadzie przeciwwagi. Ich ciała pozostają w stosunku ścisłej zależności od siebie nawzajem, ruch jednego bezpośrednio wpływa na drugie. Ten taniec jest pełen zaufania, napięcia i dynamiki. Aż trudno uwierzyć, że te dwie osoby nie znały się wcześniej, że nie jesteśmy świadkami klasycznego cyrkowego zabiegu podstawionego artysty / podstawionej artystki. Zed dużo ryzykuje, oddając obcej osobie swoje ciało, w tym jeden z najkruchszych jego elementów – kark. Ufa i pokazuje, że warto ufać. Kiedy doświadczamy najbardziej rozpędzonego kapitalizmu, który pcha nas w stronę „szybciej” i „więcej”, Zed zwalnia. Wydaje się mówić, że coś może się wydarzyć, ale nie musi, bo to nie o sam spektakularny trik chodzi, lecz o porozumienie, dzięki któremu możliwe jest jego wykonanie. To właśnie świadoma zgoda jest tu główną bohaterką. Niewymuszona, ale stanowcza, bez obciążającej presji na sukces. „Tak” to tylko jedna z możliwości, a każda z nich jest potencjałem. Zed proponuje, słucha, podąża i z dostępnych elementów tworzy performans. Swoim działaniem dotyka sensu człowieczeństwa, empatii i szacunku. Wydaje się mówić o osobistych granicach, które nie zamykają/odcinają, lecz wyznaczają ścieżki porozumienia. Włącza publiczność w swój eksperyment, dzieli się odpowiedzialnością za wspólnie przeżywany spektakl. Nie jesteśmy tu bowiem biernymi obserwatorami, ale współuczestniczymy w procesie.

Zdj. 10: EZ, Zed Zanzu, foto: Mila Ercoli
Tożsamość ziemniaka
Czym różni się owoc granatu od bulwy ziemniaka? Odpowiedź wydaje się prosta, ale czy na pewno? Po niemiecku nazwy obu tych roślin (niem. granatapfel i erdapfel) mają wspólną etymologicznie podstawę apfel, czyli jabłko. Czy mają też podobne korzenie? Czy można przewrotnie uznać je za tożsame? Na pewno znajdziemy je w tym samym dziale w każdym niemal supermarkecie. Niosą jednak ze sobą różne skojarzenia: egzotykę i swojskość, choć warto przypomnieć, że droga do udomowienia ziemniaka była dość długa. Rozpoczęła się na statkach hiszpańskich kolonizatorów/konkwistadorów, którzy przywieźli warzywo z terenów dzisiejszego Peru jako egzotyczną ciekawostkę. Kto wie, może XVI-wieczni Europejczycy patrzyli na ziemniaka tak, jak my dzisiaj patrzymy na owoc granatu. Dopiero kolejne stulecia obecności i odkrywania sposobów jego wykorzystywania sprawiły, że stał się powszedni, „nasz”. Czy podobnie będzie kiedyś z granatem? Jak długo trwa proces wchodzenia do lokalnego jadłospisu? Ile czasu potrzeba, żeby stać się częścią jakiejś kultury? Ile lat musi upłynąć, zanim ktoś lub coś zostanie zaakceptowany, w pełni włączony i zdefiniowany jako „swój”?

Zdj. 11: Omâ, Roxana Kuwen, foto: Carla Dacar
Roxana Kuwen z Compagnie Bolbol w spektaklu Omâ wykorzystuje obie te rośliny jako metaforę, ale też opis samej siebie. Jej korzenie łączą w sobie to, co egzotyczne i obce, z tym, co udomowione, oswojone. Ironicznym pytaniem o podobieństwo tych aspektów artystka zaprasza do głębokiej refleksji na temat tożsamości, przynależności i przywilejów. Mówi o swoich irańsko-niemieckich korzeniach, dzieli się poczuciem rozbicia i sprzecznościami, które niesie ze sobą dziedzictwo obu kultur. Zaprasza nas na rodzinną herbatę ze swoimi babciami, każdą z innego kraju i z inaczej zawiązaną chustką na głowie.

Zdj. 11: Omâ, Roxana Kuwen, foto: Carla Dacar
W rzeczywistości kobiety nigdy się nie spotkały. My jednak siadamy z nimi przy stole, z każdym łykiem zanurzając się głębiej w ich historię. Dowiadujemy się, jakie były i jaki miały wpływ na życie artystki. Dorzucamy do herbaty jeszcze trochę cukru. Słyszymy historie i anegdoty, uchylające drzwi do zrozumienia różnych aspektów życia. Każda granica, którą z nimi przekraczamy, wyznacza nowy obszar rzeczy dozwolonych; tego, co, komu i gdzie przystoi. Otwiera i zamyka możliwości, zwłaszcza przed kobietami. Przy herbacie mieszają się języki – północnoniemiecki dialekt i perski – tak różne i tak podobne zarazem. Siedzimy wygodnie w ciemnej, berlińskiej sali teatralnej, podczas gdy Iran płonie ogarnięty wojną. Czy da się coś zrobić? Zareagować? Stanąć na stole, wygłosić mowę, poderwać tłumy? „A ty skąd jesteś?” – pyta zaczepnie artystka. „Czy to, co się dzieje, w ogóle cię obchodzi?”.

Zdj. 12: Omâ, Roxana Kuwen, foto: Francis Rodor
Tematyka poruszona w Omie brzmi jak coś, czym chętnie zająłby się teatr dokumentalny, zaangażowany. Roxana Kuwen jest jednak artystką cyrku współczesnego. Miesza różnorodne, performatywne narzędzia i metody. Ubiera społecznie istotne treści w język żonglerki, ruchu, komedii fizycznej, kontorsjonistycznych gięć i osobistych wspomnień. Prowadzi monolog. Improwizuje. Rozśmiesza. Rozmawia z publicznością, aktywnie włączając ją w przebieg spektaklu. Światło skierowane w stronę widowni sprawia, że nikt nie jest anonimowy. Każda odpowiedź ma twarz konkretnego człowieka. Konfrontuje nas dzięki temu z tym, co przynosimy, z naszymi historiami i bagażem przywilejów przypisanym do twarzy „europejskiego ziemniaka”. Spektakl jest deklaracją, ale też dekonstrukcją, dzieleniem się wątpliwościami i szeregiem znaków zapytania. Jest cyrkiem, który widzi i komentuje, wskazuje, gdzie boli, ale nie robi tego moralistycznym, wymierzonym w winnego, karzącym palcem. Zaprasza za to do obejrzenia historii pełnej osobistych doświadczeń i przeżyć, w której będzie zabawnie, pięknie i imponująco, ale nie zawsze komfortowo.

Zdj. 13: Omâ, Roxana Kuwen, foto: Kolja Huneck
Ferment
Format PLAY to nie tylko spektakle, lecz przede wszystkim spotkania, wymiana opinii, przemyśleń. Dzielenie się wrażeniami. Oprócz udziału w rozmowach prowadzonych w kuluarach i animowanych przez organizatorki/ów swoją opinię można było wyrazić również na papierze: odpowiedzieć na pytania umieszczone na festiwalowej pocztówce i umieścić ją na specjalnie do tego stworzonej ścianie lub wpisać się w księdze gości(ń). Obok zachwytów, wspomnień, wyrazów emocji pojawił się jeden komentarz, który został mi w pamięci, a którego treść i przesłanie pokazują po raz kolejny, jak wiele jeszcze pracy przed nami, cyrkowcami i cyrkówkami. „Za mało cyrku, za dużo polityki. Zadaniem artystów cyrkowych jest niesienie radości, rozśmieszanie i zachwycanie”. W naszym społeczeństwie wciąż pokutuje obraz cyrku jako świątyni rozrywki, prostej zabawy, pozwalającej na śmiech i wytchnienie. Nie zaprzeczam, to rzeczywiście jeden z najważniejszych wymiarów tej sztuki, jednak nie jedyny. Taki opis to sygnał ślizgania się po powierzchni, pod którą znajdują się całe złoża bogate w treści, będące często komentarzem do przeżywanej właśnie rzeczywistości. Redukowanie cyrku do aspektu „zabawiania” zabiera możliwość wejścia w te mniej oczywiste przestrzenie. Utrudnia zrozumienie jego transgresyjnego potencjału, tkwiącej w nim subwersywnej siły i ostrza krytyki, jakim włada. Sprawia, że zapominamy o historii cyrku, który był blisko zwykłego człowieka, znał i rozumiał jego problemy. Niejednokrotnie stawał się przestrzenią fermentu i niezgody. PLAY to program, który sięga do tej tradycji. Pokazuje cyrk wielowarstwowy i wieloaspektowy. Piękny, z zapierającymi dech w piersiach trikami, wywołujący gromki śmiech, ale przede wszystkim świadomy i uważny na to, co dzieje się wokoło. Za to wyjście ze strefy komfortu i zanurzenie się w cyrkowe uniwersum ze wszystkimi tego konsekwencjami dziękuję organizatorkom i organizatorom PLAY. Oby więcej!















