„Trik” w Słowniku Języka Polskiego PWN tłumaczony jest jako podstęp. Zabieg lub sprytne posunięcie mające prowadzić do osiągnięcia określonego celu. Definicja wskazuje zatem na czynność, która pozwala w jakiś sposób manipulować rzeczywistością. Naginać jej ramy. Oszukiwać. Podobnie jak sztuczka, w której wykorzystuje się niewiedzę bądź naiwność innych na drodze do realizacji zamierzonego planu lub wrażenia. Oba wyrazy nacechowane są podejrzeniem, groźbą szachrajstwa i nabrania się na coś, co nie istnieje. Oba też weszły na stałe do słownika opisującego świat cyrku. Przylgnęły do niego ciasno jak rzep i wyznaczają semantyczne ramy jego interpretacji.
Trzeba przy tym pamiętać, że język kształtuje spojrzenie na rzeczywistość, dostarcza nam filtrów, przez które oglądamy i wartościujemy wydarzenia. Używane słowa utrwalają pewien porządek. Nie da się uciec od krytycznej perspektywy i słusznej pretensji, że w tak reprodukowanej strukturze cyrk zawsze znajdzie się na niższej pozycji. Sztuczka jest mniejsza niż sztuka, a trik nie brzmi jak dzieło. Jak zatem spojrzeć na samą dziedzinę, jeżeli służące do jej opisu słowa już na wstępie lekceważą i bagatelizują jej techniki i osiągnięcia? Czy rozwiązaniem może być włączenie cyrku w obszar narracji i struktury analizy z pola innych sztuk performatywnych: tańca, teatru, muzyki? Czy wystarczy rozszerzyć słownik o to, co jest już dostępne, choć niechętnie wykorzystywane w omawianym kontekście? To zapewne krok w dobrą stronę, ale czy wystarczający? Cyrk ma swoje cechy dystynktywne, które trudno znaleźć gdziekolwiek indziej. To właśnie one powinny być podkreślone i przyjęte jako równoprawne do kanonu sztuki. Jednocześnie warto odzyskać znaczenie tego, co już jest. Otrzepać sztuczkę i trik z kurzu przyzwyczajenia, który nazbierał się przez lata. Przyjrzeć się bliżej ich znaczeniom, bo paradoksalnie właśnie w tych dwóch terminach może tkwić kwintesencja sztuki cyrku.
Sztuczka zakłada zręczność, sprawną manipulację, która nagina normy rzeczywistości. Potrafi przechytrzyć zmysły, wymyka się oczekiwaniom. Zaskakuje. To, że dajemy się na nią złapać, wzbudza dysonans i ciekawość jednocześnie. Jak to się stało? Jakim prawem ktoś igra ze starannie zbudowanym i utrzymywanym przez nas status quo? Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że cała akcja wymagała przygotowania. Żeby móc przeprowadzić coś tak wiarygodnie, niezauważalnie i lekko, jakby była to część najzwyklejszej codzienności, potrzeba pracy. Nie jednorazowego warsztatu albo kursu, lecz lat i miesięcy prób, powtórzeń, ale przede wszystkim uważnej obserwacji rzeczywistości. I ciekawości. Trik zakłada wnikliwe rozpoznanie reguł i mechanizmów, a potem wejście z nimi w grę. De-konstrukcję, przestawianie poszczególnych segmentów znanych czynności czy procesów, tak by w rezultacie spojrzeć na nie z zupełnie nowej perspektywy. Efektem jest utworzenie niestandardowego kształtu z bardzo standardowych elementów rozbitych na części pierwsze, które – nie będąc dłużej ze sobą połączone – nie wydają się już tym samym co na początku. Pojawia się niespodziewane rozwiązanie, które po chwili okazuje się oczywiste, a jednak z perspektywy codziennej rutyny nie-do-pomyślenia. Cyrkowcy zręcznie przestawiają puzzle, łącząc elementy na pierwszy rzut oka do siebie nieprzystające. Tworzą nowe konfiguracje znanych rzeczy. Eksperymentują.
Oswajanie dysonansu
Tak właśnie dzieje się w spektaklu Ballroom belgijskiej grupy Post uit Hessdalen, który miałam przyjemność oglądać w ramach tegorocznej edycji UP Festiwalu w Brukseli. Na scenie zbudowanej na pace ciężarówki pojawia się artysta. Porusza się w geometrycznie skomplikowanej przestrzeni, pełnej skosów, kątów i zaułków, podobnej do tej z Gabinetu doktora. Caligari Roberta Wienego. Z tą różnicą, że tym razem znajdujemy się pod mostem. Nad nami przebiega główna arteria autostrady. Słychać specyficzny szum. Jest szaro. Panuje industrialny oniryzm. Zamiast Somnambulika spotykamy mężczyznę zbierającego porozrzucane wokół piłki za pomocą specjalnego odkurzacza. Ergonomia ruchów. Użycie sprzętu pozwala uniknąć każdorazowego zginania pleców.

„Ballroom” belgijskiej grupy Post uit Hessdalen, foto: Lilla Konig
Mężczyzna jest skoncentrowany, zamknięty w swoim świecie, do którego wpuszcza nas – publiczność – tylko czasami, zwykle wtedy, kiedy ściąga słuchawki i daje nam poczuć rytm swoich działań. Sprawia wrażenie, że jest w tym miejscu od zawsze, że to jego praca. Powtarzalna, żmudna i bez specjalnych ekscytacji. Jednak znużenie i nuda są matkami wynalazku. Mężczyzna wpada na nowy sposób umieszczania piłek w koszyku. Sposób-wyzwanie. Zaczyna grę, w której wykorzystuje walory otaczającej go przestrzeni. Odbija piłki od skosów. Niby od niechcenia, a jednak precyzyjnie. Obserwuje. Mruży oczy, przeprowadza w głowie skomplikowane rachunki. Wylicza kąt, pod którym powinien ustawić rękę, tak żeby po sekwencji odbić o różne powierzchnie piłka trafiła do koszyka. I z reguły trafia, bo mamy do czynienia z wirtuozem żonglerki, a każda pomyłka (drop) udowadnia nam tylko, że wszystko dzieje się tu i teraz, na naszych oczach. My też jesteśmy częścią tego eksperymentu. Sekwencje się zmieniają, komplikują, a wyrzuty zwielokrotniają. Piłki, odbijając się rytmicznie, wypełniają przestrzeń. Widzimy, jak artyście udało się zapanować nad prawami fizyki. Kolejne fale oklasków przetaczają się przez publiczność. Powoli mija pierwsze zaskoczenie oparte teraz spokojnie o ramy kategorii, które udało się sklecić szybko razem by ograniczyć powstały w nas dysonans.

Ballroom belgijskiej grupy Post uit Hessdalen, foto: Lilla Konig
Właśnie teraz, kiedy wydaje się, że już wszystko rozumiemy, spektakl wkracza na zupełnie inny poziom – magiczny. Piłki przestają się odbijać, a zaczynają lewitować. Zawisają w powietrzu. Przemieszczają się zupełnie wbrew zasadom. Rozbijają w drobny pył to, co właśnie udało nam się ustalić. Pojawia się kolejny wielki znak zapytania. Zaskoczenie. Można by się dalej zastanawiać: jak? W jaki sposób i co za tym stoi? Można. Ale można też oddać się czystej magii, zawiesić niewiarę, wejść w stan oniemienia i patrzeć szeroko otwartymi oczami, jak człowiek manipuluje unoszącymi się piłkami, które nigdy nie dotykają ziemi. Jednocześnie pozostajemy świadomi. Zdajemy sobie sprawę, że obserwujemy jakiś mechanizm, że działają tu narzędzia, które pozwalają sytuacji zaistnieć w takim kształcie, w jakim ją widzimy, ale których tajemnicy nie musimy odkryć tu i teraz. Zresztą pozostają nam wyłącznie domniemania. Jesteśmy w opowieści, której językiem jest przekraczanie. Ktoś nas oszukuje i my się dajemy a przy tym sprawia nam to przyjemność.
Pragnienie ponownego zaczarowania świata, widzenia go jako coś wykraczającego poza to, co widzialne i mierzalne, jest aktualne i obecne w pełnej sprzeczności post-nowoczesnej rzeczywistości. Wydaje się odpowiedzią na wszechobecną niepewność, lęk przed tym, co niesie przyszłość, potrzebę znalezienia sensu lub wytłumaczenia dla tego, co przeżywane i obserwowane. Może być też efektem przesycenia, przebodźcowania i kompromitacji kapitalistycznej idei postępu, „czynienia sobie ziemi poddaną”. Pomimo wszechobecnych mechanizmów racjonalizacji, kontroli i standaryzacji odrobina „magii” ma pomóc uwierzyć w to, że są rzeczy i doświadczenia, które się im wymykają. A może jest to również próba podyktowana chęcią zebrania pokruszonego po postmodernizmie podmiotu i odzyskiwania poczucia sprawczości, tym razem bardziej odpowiedzialnej i świadomej w swoich decyzjach? Myślenie magiczne towarzyszy człowiekowi od zawsze, tkwi w potencjale jego wyobraźni. Nie inaczej jest i dzisiaj. Dystopijny obraz tego, co wydaje się nas nieuchronnie czekać, wzmaga chęć wiary, w to, że nie wszystko jeszcze stracone. Magia wraca w różnych formach. Od powrotu do duchowości, ezoteryzmu, aż po wiarę w teorie spiskowe. A może tym, czego potrzebujemy, nie jest nadprzyrodzona ingerencja czy gadzia konspiracja, lecz zmiana kąta patrzenia? Tymczasowe zawieszenie niewiary, pozwalające oderwać się na chwilę od racjonalności, chęci kontrolowania wszystkiego i wszystkich. Tego rodzaju chwilowe wycofanie się, obranie pozycji z dystansu, wydaje się swoistym wentylem bezpieczeństwa, pozwalającym społeczeństwom odetchnąć, ale też odświeżyć perspektywę i przewartościować to, co wydawało się niepodważalne. Postnowoczesny/metamodernistyczny cyrk jest w tym kontekście bardzo „na bieżąco”. Swoim językiem opisuje trawiące nas lęki i nadzieje. Trwa przy ciele i rozpoznaje oraz przekazuje emocje. Potrafi przyszpilić krytyką, uziemić, ale jednocześnie pozwala snuć utopijne marzenia o innych możliwych światach.
(Nie)zwykłość
Cyrk z jednej strony wchodzi w grę z technologią i eksperymentuje z nią, a z drugiej – kwestionuje ją i sabotuje. Podejmuje z nią w dialog, wykracza poza antropocentryczną perspektywę. Zwraca się w stronę powszedniości, (nie)zwykłości rzeczy codziennych. Bierze pod lupę przedmioty, którymi się otaczamy, rzuca na nie nowe światło, wydobywa na wierzch ich magię. Pojawiają się prostota i wypełniony znaczeniami minimalizm. Towarzyszy im dogłębna analiza rzeczywistości wysączającej się do nas szczelinami popękanej prozy dnia. Doskonale kierunek ten odzwierciedla spektakl Cose a Caso włoskiej Compagnie Irrealista, który również był w programie tegorocznego UP Festiwalu. Jego tytuł w dosłownym tłumaczeniu znaczy „zwykłe/przypadkowe rzeczy”. Właśnie te, które polska filozofka Jolanta Brach-Czaina włączała w obszar egzystencjalnego konkretu, pozwalającego najbardziej doświadczać życia. Zwykłe czynności i obiekty, choć niedostrzegane, stanowią statystyczną większość naszych biograficznych doświadczeń. Nauczyliśmy się o nich zapominać, bagatelizować ich znaczenie, czekać na wielkie „wow”, które nas poruszy, wybudzi z letargu. Ale to właśnie w tych codziennych rytuałach i przedmiotach tkwi sens naszego bycia. Wbrew pozorom nie są to „laguny nudy”, lecz ekscytujące światy, w których meandry zagłębia się Andrea Speranza. Mag. Iluzjonista. Czujny i czuły obserwator. Zabiera nas do swojego gabinetu osobliwości. Nie robi „show”, ale zaprasza do współ-bycia, czucia i uważnego przyglądania się wydarzeniom na scenie. W otaczającej nas przestrzeni znajdują się zwykłe rzeczy: deska, kieliszki, lustra. One i my to unikalna konfiguracja. Jednorazowa. Tak powstają ulotne chwile, momenty, z których wysącza się magia. Zrobiona przed chwilą polaroidowa fotografia przypomina, że wszystko zaraz stanie się tylko wspomnieniem. Warto zatem wrócić do bycia tu i teraz.

„Cose a Caso” włoskiej Compagnie Irrealista, foto: Lilla Konig
Na scenie wszystko dzieje się w spokojnym tempie, bez pośpiechu i gwałtownych ruchów. Światła i cienie budują przed nami historię, zmieniające się kształty hipnotyzują i wciągają. Nie da się ukryć, że stoi za tym technika. Bardziej analogowa niż digitalna, u której podstaw leżą manualne umiejętności, obserwacja i ciekawość. Przyglądanie się rzeczom i procesom pomaga znaleźć zależności, dotrzeć do sedna, które może być wykorzystane utylitarnie i pragmatycznie, ale może też przenieść nas do świata artystycznej magii. W końcu obie te perspektywy, choć wywołują zupełnie inne wrażenia, wychodzą ze wspólnego rdzenia. Iluzja sceniczna to mariaż naukowej precyzji i kreatywności przedstawień, który przenosi nas w całkiem inną opowieść o świecie. Po raz kolejny jesteśmy świadkami sprawnego wykorzystania praw fizyki, rozmontowania struktur i procesów, by zbudować z nich zupełnie nowe konstelacje. Zaczarowanie świata odbywa się tu przy użyciu dokładnie tych samych narzędzi, które służą do jego wyjaśniania. Te leżące u podstaw teorii i definicji tworzące bezpieczne ramy rozumienia teraz stają się wyjściem do nowych skojarzeń i interpretacji.

„Cose a Caso” włoskiej Compagnie Irrealista, foto: Lilla Konig
Cie Irrealista i Andrea Speranza odnoszą się do tradycji XVIII- i XIX-wiecznych pokazów, które legły u podstaw niejednej z nauk. Szeroko pojęty cyrk i jego proto-emanacje od początku były sceną eksperymentów i innowacji. To w ich ramach wykorzystywano najnowsze technologie, zanim społeczeństwo zdążyło się do nich przyzwyczaić i uznać za bezpieczne. Budynki cyrku jako jedne z pierwszych miały oświetlenie elektryczne. Iluzje sceniczne zapowiadały rozwój transportu, eksplorowały mechanizmy unoszenia się i opadania, które korespondowały z wynalezieniem m.in. windy. Na scenie wyświetlały się wizerunki osób, których nie było w pomieszczeniu, na długo wyprzedzając przemysł filmowy.

„Cose a Caso” włoskiej Compagnie Irrealista, foto: Lilla Konig
Spektakl Cose a caso idzie jednak na przekór współczesnemu technologicznemu przepychowi, wraca do prostoty, do tego, co znajduje się tuż obok, a o czym zdążyliśmy już zapomnieć. Stawia to w centrum zainteresowania. Tym razem wykorzystujący trik mag-iluzjonista nie chce nas przechytrzyć. Wręcz przeciwnie, zależy mu, żebyśmy przyjrzeli się jeszcze dokładniej, dostrzegli szczegóły i zachwycili się nimi. Zauważyli drobiazgi, na których, jak pisze Brach-Czaina, upływa nasze życie. „Potrzebujemy dystansu, by w czymkolwiek móc się rozeznać, a zdarzenia potoczne nie dają nam okazji, by spojrzeć na nie z oddalenia”(Brach-Czaina, 2018)*, z innej perspektywy. Cose a caso to właśnie taka okazja.
Dekompozycja i multiplikacje
Trik opiera się powszechnemu rozumieniu rzeczywistości. Składa ją/zestawia z zupełnie innych czynników. Tam, gdzie panuje linearność i logika następstw, widzi poskładane fragmenty, którymi można dowolnie bawić się i żonglować. Drażni zmysły, bo serwuje to, co nieoczekiwane. Czasem wchodzi w skład abstrakcyjnego świata, w którym funkcjonują zupełnie inne prawa niż te nam znane. Jest performatywną emanacją surrealizmu, który papież futuryzmu Apollinaire rozumiał jako dogłębnie przemyślane, rzucone logicznemu porządkowi wyzwanie. W ten właśnie sposób trik wykorzystuje Lupa Maimone (Teatr Oltrenotte) w porywającym spektaklu Finizioni.

„Finizioni”, Lupa Maimone, Teatr Oltrenotte, foto: Toto Clemenza
Jego fragmenty pojawiły się w bloku Focus Italia na UP Festiwalu. Czysty oniryzm, zaprawiony groteską i skąpany w wiktoriańskiej estetyce. To połączenie gotyku, efektu gęsiej skórki i mrocznego humoru jak z rodziny Addamsów z transgresją, subwersją i absurdem Jana Švankmajera, u którego filmach po podłodze pełzają mięsiste języki. U Maimone sceniczna rzeczywistość ciągle się przekształca. Trwa w nieustannym ruchu. Obiekty pojawiają się i znikają, ciało dekomponuje się, nawarstwia i rozrasta. Miejscami artystka wygląda jak przejęta splatającym ręce tańcem, wiktoriańska Kali. Przedziwna bogini z owiniętym wokół bioder pasem masek będących zwielokrotnieniem jej twarzy – zastygłych, a jednocześnie pełnych ekspresji. Jej ciało multiplikuje się i przeistacza na naszych oczach.

„Finizioni”, Lupa Maimone, Teatr Oltrenotte, foto: Toto Clemenza
Wszystko dzieje się w rytm własnej przemyślanej logiki i w oparach tlącego się papierosa. Intymnie, ale z dreszczem niepokoju. Oświetlone punktowym światłem sączącym się spod dekoracyjnego abażura ciało wygina się, rozciąga i przekracza. Dzieją się rzeczy nie- albo raczej nad-realne. Wkraczamy w rzeczywistość senną. Zdajemy sobie sprawę, że śpimy, ale przeżywamy ten stan bardzo realnie. Maimone wykorzystuje elementy technik magii i iluzji, robi to z niesamowitą zręcznością. Nie są one jednak celem samym w sobie. Wchodzą w skład choreografii, ale przede wszystkim stają się jedną z podstawowych zasad budowanego przez artystkę świata. Trik pozwala zobaczyć więcej, niż potrafimy sobie wyobrazić, i podważyć to, co już widzieliśmy.

Marie-Andrèe Robitaille, badaczka cyrku, analizuje go przez pryzmat praktyki nadziei i zastanawia się nad tym, jakie jego aspekty mogą być dla nas istotne teraz i w przyszłości. Oczywiście przy jednoczesnym uwzględnieniu kontekstu wielopoziomowego kryzysu, w którego objęciach nieustannie żyjemy. Oparty o figurę okręgu, zarówno architektonicznie, jak i symbolicznie, cyrk podważa linearność i wraca do cyrkularności, cykliczności, budowania wspólnoty opartej na powrotach. Cyrk współczesny odwraca się od prostego efektu „wow” na rzecz przywoływania znaczeń. Zamiast kultywowania modernistycznego marzenia o panowaniu nad światem przypomina o kruchości nie tylko ciała, ale i narracji czy definicji. Wychodzi poza antropocentryczną perspektywę, rozszerza międzygatunkową wspólnotę i nie ustępuje w chęci poznania tego, co „inne”. Do różnorodnej palety cyrkowych potencjałów analizowanej przez badaczkę dodałabym również trik widziany jako kreatywne narzędzie, pozwalające rozszerzyć spektrum rozumienia świata.
Dziecko głębokiej analizy, naukowego namysłu i artystycznej dekonstrukcji może stać się przyczynkiem do rewizji, przemyślenia na nowo status quo, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Trik otwiera możliwość odwrócenia narracji, nabrania dystansu, postawienia wielkiego znaku zapytania, który mobilizuje do poszukiwania nowych odpowiedzi. Jawi się jako ferment i potencjał, przyczynek do snucia utopii. Potrzebne oszustwo, które daje do myślenia. I z takim znaczeniowym bagażem trik powinien być odzyskany zarówno dla sztuki cyrku, jak i dla języka.
*Jolanta Brach-Czaina, Szczeliny istnienia, Dowody Istnienia, Warszawa, 2018















