Ryzyko to cena za to, że pojawiasz się na scenie.
W 2016 roku straciłem prawe oko. Butelka. Dublin. 9 września. Robiłem to, co zawsze – występowałem na ulicy, żyłem życiem, które sam wybrałem.

Po szpitalu, po spojrzeniu w lustro, po tym wszystkim – wróciłem na ulicę.
Nie dlatego, że byłem odważny. Występowanie było jedyną rzeczą, którą umiałem robić, i nie chciałem pozwolić, by jedna noc mi to odebrała.
Ryzyko, z którym teraz żyję, jest inne. Za każdym razem, gdy unoszę bicz nad czyjąś głową – jedno oko, brak percepcji głębi, tłum wstrzymujący oddech – stawiam wszystko na dwa lata praktyki i jedną chwilę zaufania.
To właśnie oznacza dla mnie ryzyko. Nie niebezpieczeństwo. Zaufanie. Tłum, który ci ufa. Ty, który ufasz sobie. Relacja między wykonawcą a publicznością zbudowana na gotowości obu stron do udziału w tym, co się wydarzy, nie wiedząc dokładnie, co to będzie.
Ryzyko ekonomiczne, fizyczne, performatywne – w gruncie rzeczy to wszystko to samo. Wchodzisz do kręgu. Nie wiesz, jak to się skończy. I tak to robisz.

Taka jest ta praca. Takie jest życie. To jedyna wersja życia, jaką znam.













