Teksty
Relacja

TRZY OFCE

30.09.2026
Marta Poniatowska | fotografia tytułowa: Jerzy Wypych

Na OFCĘ (Oleśnicki Festiwal Cyrkowo-Artystyczny) pierwszy raz przyjechałam w 2024 roku. Nie miałam wtedy świadomości, czym jest to wydarzenie – jaka jest jego tradycja, jaka struktura, jak się po nim poruszać. Przyzwyczajona do linearnych programów teatralnych gubiłam się na początku w liczbie powtórzeń, długości (bądź krótkości) pokazów, rozszyfrowywaniu (z dość enigmatycznych czasem opisów) charakteru wydarzeń.  Od razu jednak poczułam, że ten festiwal jest […]

Marta Poniatowska | fotografia tytułowa: Jerzy Wypych


Marta PoniatowskaMarta Poniatowska ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. W trakcie studiów współpracowała m.in. z „Poznańskim Przeglądem Teatralnym”, „Czasem Kultury”, „Nowym Nurtem” i „Ruchem Teatralnym”. Od 1995 roku związana z Ośrodkiem Teatralnym Kana, w którym koordynuje festiwale i projekty kulturotwórcze (m.in. Teatry Świata, Autsajderzy, Spoiwa Kultury, Okno – Zbliżenia), zajmuje się także (wspólnie z zespołem) budowaniem linii programowej Ośrodka. W latach 1995–2006 współpracowała z Zygmuntem Duczyńskim jako sekretarz literacki Teatru Kana. Autorka opracowań i artykułów o tematyce teatralnej i kulturalnej, które publikowała m.in. w takich czasopismach jak „Pogranicza”, „Przegląd Uniwersytecki”, „Didaskalia”, „Baborak”, „Refleksje” „nietak!t”. Współautorka książki Głosy czasu. Teatr Kana 25 lat, autorka książki Droga Bramy. 

Na OFCĘ (Oleśnicki Festiwal Cyrkowo-Artystyczny) pierwszy raz przyjechałam w 2024 roku. Nie miałam wtedy świadomości, czym jest to wydarzenie – jaka jest jego tradycja, jaka struktura, jak się po nim poruszać. Przyzwyczajona do linearnych programów teatralnych gubiłam się na początku w liczbie powtórzeń, długości (bądź krótkości) pokazów, rozszyfrowywaniu (z dość enigmatycznych czasem opisów) charakteru wydarzeń. 

Od razu jednak poczułam, że ten festiwal jest ważny. Na ulicach roiło się od toreb i koszulek festiwalowych i od kolorowych ludzi z plecakami, którzy wędrowali z dworca PKP w kierunku pola namiotowego przy Zamku. Gdziekolwiek nie spojrzałam, wisiały lampiony, girlandy, parasole, a stojąca w centralnej części Rynku na neoklasycystycznej kolumnie bogini Wiktoria miała przyczepioną do nosa charakterystyczną czerwoną piłeczkę (symboliczne przejęcie władzy w mieście przez OFCĘ – błaźnicę?)  

OFCA

Przede wszystkim jednak zobaczyłam coś, do czego mieszkańcy i bywalcy OFCY pewnie już nieco przywykli, ale co nikogo chyba nie przestaje zadziwiać: highlinerów przechadzających się po linach rozwieszonych na wysokości kilkudziesięciu metrów pomiędzy wieżami Zamku, Kościoła i Ratusza. Nie ma chyba lepszej metody na to, żeby codzienną przestrzeń miejską zamienić w „strefę mistrzów sztuki”. W każdym przypadkowym przechodniu maleńka postać przechadzająca się „po niebie” na tle zachodzącego słońca musi wywołać efekt „wow!”. Do tego trzeba jeszcze dodać coroczny festiwalowy mural, który anektuje kolejne ściany w różnych częściach miasta (w tym roku znalazł się on na jednej z centralnie położonych przy Rynku kamienic), a także zawieszony nad jedną z uliczek ażurowy dach z dzierganych mandali, przygotowany przez mieszkanki i mieszkańców Oleśnicy.

OFCA

Nie jest przypadkiem, że kilka lat temu w głosowaniu nad Oleśnickim Budżetem Obywatelskim wygrał projekt zakupu miejskiego namiotu cyrkowego. Mieszkańcy Oleśnicy znają OFCĘ, umieją OFCĘ, czekają na OFCĘ, tłumnie gromadzą się na każdym występie, a sobotnio-niedzielne rodzinne przedpołudnia nad stawami są jedną z najbardziej wyczekiwanych festiwalowych atrakcji. Oleśnickie dzieciaki dobrze znają podstawy akrobatyki, chodzenia na szczudłach czy ewolucji na szarfach, uwielbiają podwórkowy plac zabaw prowadzony przez animatorów z grupy Frikart, ustawiają się w długich kolejkach po brokatowe piegi. Podczas ulicznych występów siadają w pierwszych rzędach, gotowe do wbiegnięcia na scenę na każde zaproszenie artysty, a w przerwach – tworzą własne, alternatywne pokazy tańca, akrobacji i żonglowania. Podobnie zresztą dorośli – przychodzą z własnymi krzesełkami, podkładkami, usadzają się na ziemi, żeby nie zasłaniać widoku osobom stojącym za nimi, nagradzają artystów brawami i banknotami wrzucanymi do kapelusza/pudełka/wiadra/futerału. Dużo jest w atmosferze tych dni uśmiechu, serdeczności, uważności na innych, nawet jeśli nie ma szans na komfort odbioru. Wyczuwalna jest wdzięczność za to, co się dostaje. OFCA jest bez wątpienia prawdziwym, organicznym, budowanym w relacji z mieszkańcami świętem miasta.

Być może właśnie dlatego do festiwalu tak garną się wolontariusze. Młodzi i nie tylko młodzi ludzie w koszulkach, z identyfikatorami. Pilnujący miejsc, kierujący ruchem, stanowczy w przestrzeganiu reguł (dobrze przeszkoleni – mocno odporni na wszelkie próby „prześlizgnięcia się” bez wejściówki), ale jednocześnie bardzo przejęci, chętnie dzielący się swoją wiedzą, polecający innym (i sobie nawzajem) pokazy, przekazujący publiczności organizacyjne komunikaty, zdecydowanie utożsamiający się z festiwalem. 

I oczywiście artyści… Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takich jakości. Zawsze ceniłam spektakle oparte na technice i rzemiośle. Uwielbiam dawać się zaczarować, uwieść opowieściom, obrazom, iluzjom, a przede wszystkim umiejętnościom twórców. Ale nie ufam popisom, drażni mnie nachalne epatowanie emocją lub formą. To, co oglądam, nie musi być „z mojej bajki”, chętnie poznaję inne światy, ale muszę uwierzyć ludziom, którzy do mnie mówią. W to, że jest w nich determinacja, że wkładają w to siebie, że opowiadają historię, że mają do powiedzenia coś  ważnego.  

Podczas trzech edycji OFCY zaledwie kilka razy zdarzyło mi się odwrócić głowę w poczuciu, że ktoś próbuje sprzedać mi sztampę. Co najmniej kilkanaście razy – miałam poczucie, że zdarza mi się coś wyjątkowego, że zostaję obdarzona czyimś talentem, wyrafinowanym konceptem, niezwykłymi umiejętnościami podbudowanymi niewyobrażalną wręcz pracą, graniczącą z czymś niemożliwym, precyzją i pokorą powtarzalności, powoływanej za każdym razem na nowo i w maksymalnej koncentracji.

Nie ma tu miejsca na opisywanie wszystkich spektakli i pokazów, z których wychodziłam autentycznie wstrząśnięta – poziomem, jakością, ale też siłą teatralnego znaku i świadomością twórczą. Nie wszystko też udało mi się przez te trzy lata zobaczyć – program każdej edycji był rzeczywiście imponujący i wymagał sporej logistyki w konfiguracji potrzeb odbiorczych, miejsc festiwalowych, planu godzinowego i dostępności, a także strategii zajmowania kawałka chodnika, ławeczki lub skrawka cienia (sierpniowa pogoda raczej lubi OFCĘ, choć temperatura i słońce wystawia często na próbę wytrzymałość zarówno widzów, jak i artystów).

Gdybym jednak miała wybierać…

Zaczynając od końca: My!Laika (2026)

Spektakl „Winter” jest bardzo konsekwentnie i z niezwykłą precyzją zbudowanym teatrem absurdu, w którym widz nie ma jakichkolwiek szans na linearność i przewidywalność. Już samo wpuszczanie i usadzanie widowni (wraz z komunikatem, że jeśli wejdziesz, nie możesz już wyjść) buduje atmosferę zaskoczenia, napięcia, lekkiej niepewności. Publiczność kierowana jest w dwie strony – żeby dostać się do środka specjalnego, czarno-białego cyrkowego namiotu, przechodzi wydzielonym korytarzem, którego eliptyczne „ściany” wypełnione są reprodukcjami znanych dzieł malarskich inspirowanych architekturą – na każdym z obrazów uważny widz odnajdzie wpisane w krajobraz lustrzane odbicie przestrzeni, w której się właśnie znajduje. Główna scena to rodzaj porzuconego muzeum, pełnego dziwnych przedmiotów – na ścianie zdekonstruowany obraz, na środku zdekonstruowana rzeźba, wokół zdezelowane meble i rozstrojone instrumenty. I w ten właśnie świat wkraczają postacie, które przez ponad godzinę budują ciąg absurdalnych scen, relacji, działań, używając ironicznie, prześmiewczo, a jednocześnie bardzo świadomie rozmaitych konwencji – od czarnej komedii, horroru, groteski, poprzez dadaistyczną poezję, teatr przedmiotu, teatr figur, akrobatykę, żonglerkę, po muzykę klasyczną i śpiew.

My!Laika, "Winter"

My!Laika, „Winter”, foto: Jerzy Wypych

Jest w tym spektaklu jednocześnie przepych i minimalizm, diagnoza wymierającego świata i żywioł nieokiełznanej zabawy, subtelne, łatwe do przegapienia za tiulową zasłoną kompozycje tworzone przez surrealistyczne postaci, autotematyczny humor z pogranicza klaunady i absurdalne dialogi. Spektakl dotyka tych wielu poziomów jednocześnie – nic nie dzieje się tu przypadkowo, zwłaszcza jeżeli na przypadek wygląda, aktorzy przechodzą niespodziewane metamorfozy, a cyrkowe sztuczki stają się dojmującymi metaforami odchodzącego świata i… kończącego się życia? A finał spektaklu pokazuje, że twórcy tego przewrotnego, zbudowanego na kształt muzycznej partytury dzieła nawet z tej bez-nadziejnej sytuacji (z całkowitej ciemności, w której pogrąża się widowisko/scena/świat) potrafią znaleźć zaskakujące i nieoczywiste wyjście.

My!Laika, "Winter" My!Laika, "Winter"

My!Laika, „Winter”, foto: Jerzy Wypych

 

Siła kobiet: Barbaren Barbies (2026)

„A Wild Women Circus” to absolutna jazda bez trzymanki, w wydaniu mocnych, dojrzałych, świadomych siebie i silnych kobiet, które rzucają wyzwanie naszym przyzwyczajeniom, zarówno na poziomie artystycznym, jak i społecznym i kulturowym.

Barbaren Barbies

Barbaren Barbies, foto: Jerzy Wypych

Piątka artystek, korzystając z maksymalnej ilości konwencji związanych ze stereotypowym reprezentowaniem kobiet, budują widowisko na kształt dzikiego cyrkowego varietes. Kostiumy, cekiny, peruki, szlafroki, wypchane pośladki i biusty, wyszminkowane usta, groteskowo przerysowana klaunada, seksualne podteksty, genderowe i polityczne manifesty, musicalowe disnejowskie show…  A z drugiej strony – subtelne, mistrzowskie w swoim minimalizmie sceny, takie jak balansowanie po ruszającej się linie i niewiarygodnie trudna sekwencja ruchów: skoki, obroty, akrobacje, balet. Lekkość, subtelność, kobiecość… która wymaga atletycznej wręcz siły. „A Wild Women Circus” zrobił nam to, co jest istotą bezkompromisowej, walczącej o wartości sztuki: rozbawił, zaczarował, „kupił nasze dusze”, tylko po to, żebyśmy – po chwili oszołomienia – zrozumieli, że zostaliśmy wciągnięci w grę, na końcu której pozostaje niepewność i konsternacja. Spektakl rzucił w twarz wszystkich widzów wyzwanie – podstawił lustro i wdarł się do ich głów, zadając to jedno podstawowe pytanie: Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejcie… 

Barbaren Barbies Barbaren Barbies

Barbaren Barbies, foto: Jerzy Wypych

Teatr całkowity: Be Flat (2025)

„Double You”. Spektakl – rytuał. Niezwykle sprawna, żywiołowa, akrobatyczno-muzyczna grupa aktorów od początku do końca panuje nad emocjami widzów, którzy – podzieleni na dwie grupy – ++siadają po dwóch stronach sceny, oddzielni od siebie kurtyną. Spora część spektaklu rozgrywa się oddzielnie dla obu grup widzów. Jest to rodzaj karnawałowej „La Grande Parade” – aktorzy przemieszczają się z jednej strony na drugą pokazując coraz bardziej ekstremalne „numery” – akrobacje, tańce, skoki, improwizacje muzyczne.

BeFlat, "Double you"

Obie grupy dostają dwa zupełnie różne przekazy – po każdej ze stron dzieje się coś innego. Aktorzy zaczynają do niektórych scen zapraszać także widzów. W którymś momencie rozpoczynają „wojnę” na piankowe poduszki – angażują pierwsze rzędy do trzymania przedzielającej scenę kurtyny, wspinają się po niej i dokonują „abordażu” – dopiero wtedy widzowie dwóch grup mogą zobaczyć siebie nawzajem. Aktorzy są w nieustannym biegu – wykonują skoki, akrobacje, żonglują, wspinają się na kilkumetrowe słupy podtrzymujące dach namiotu,  jednocześnie grają na żywo na wielu instrumentach. Jest coraz szybciej, coraz mocniej, coraz bardziej intensywnie.

 

Nie sposób jest nie poddać się rytmiczności i żywiołowości tego spektaklu. W którymś momencie wydaje się, że połowa publiczności tańczy z aktorami na scenie, widzowie porzucają swoje rzeczy, zamieniają się miejscami… Ma się wrażenie całkowitego chaosu, zanurzonego w coraz mocniej rozkręcającym się rytmie muzyczno-taneczno-akrobatycznego karnawału. I kiedy już się wydaje, że taki będzie finał przedstawienia, widzowie zostają odprowadzeni na miejsca… Piątka aktorów wychodzi na środek, staje w kole, obejmuje ramionami i intonuje piękną, mocną, polifoniczną pieśń.  Jest w tym rodzaj braterstwa, wspólnoty, jest też próba powołania tego nad-dźwięku, który pojawia się przy doskonale zgranej harmonii głosów. Spektakl kończy się ciszą…

Be Flat – żywioł ulicy (2026)

Ta sama grupa, tym razem w minimalistycznym, dwuosobowym wydaniu, pokazała, że bliski im jest również żywioł ulicy, i że potrafią w sposób doskonały (choć na granicy, a nawet z przekroczeniem granicy ryzyka) panować nad tłumem. Spektakl na dwóch aktorów i drabinę – będący na wpół improwizowaną sekwencją akrobatycznych i parkourowych ewolucji – rozpoczynał się na dużym amfiteatralnym placu, tylko po to, żeby po chwili zamienić się w kilkusetosobowy pochód, który próbuje nadążyć za niezwykle wymagającymi ewolucjami i interakcjami podejmowanymi przez artystów, w tym kilkupiętrowymi wspinaczkami na balkony pobliskich bloków.

BeFlat, "Double you"

W takich sytuacjach człowiek zadaje sobie pytanie: jak bardzo trzeba być pewnym swoich umiejętności, żeby wspinać się po pionowej ścianie, ryzykując, że po drodze można napotkać na przykład osłaniającą balkon siatkę, która nie daje oparcia dla rąk i stóp? Albo jak bardzo trzeba umieć zarządzać tłumem, żeby w kilka minut utorować sobie między ludźmi kilkunastometrowy tunel i wykonać – prawie potrącając najbliżej stojące osoby – spektakularną serię salt? Paradoksalnie – obaj aktorzy mieli w sobie ten rodzaj spokoju i ten rodzaj charyzmy, że widz, stojąc blisko – i mając do czynienia z ekstremalnym ryzykiem – czuł się bezpiecznie. Spektakl zakończył się zbiorowym „Sto lat” – jeden z artystów obchodził tego dnia urodziny…

Akoreacro – urodzinowa symfonia (2024)

Wielki plac, gigantyczny tir z platformami i wielki pojedynek pomiędzy muzykami a artystami cyrkowymi. Akrobacje, fajerwerki, interakcje, trapezy, salta, wybuchy, pirotechnika – widowisko oszałamiające, a z drugiej strony wnoszące także intymność, subtelność, skupione na relacjach między  postaciami, wyciszane zmianą natężenia i rodzajem muzyki. To kolejne z wydarzeń, których nie da się opisać, bo działo się spektakularnie dużo, na spektakularnie wysokich jakościach, na budzącym wręcz lęk ryzyku, na niezwykłej współpracy i zespołowej precyzji. Coś co wyglądało na totalny chaos było bez wątpienia starannie wyreżyserowaną partyturą zdarzeń, napięć i energii. Jeśli spektakl grupy My!Laika można było porównać do kameralnego teatralnego koncertu, to w przypadku Akoreacro można mówić o „rock-operowym”/openerowym widowisku, o koncercie symfonicznym, o doprowadzonej do granic absurdu i rozpędzonej karnawałowej paradzie postaci, dźwięków, obrazów i zdarzeń. Urodzinowy prezent dla Oleśnicy z okazji 10. edycji festiwalu.

Collectif Acrocinus – minimalistyczna precyzja (2025)

Spektakl na trzech aktorów, kilka krzeseł, kilkanaście piłeczek, i szalonego muzyka (tworzącego na żywo minimalistyczną partyturę dźwięków, których rytm wyznaczał ruchy i budował dramaturgię przedstawienia). Oparty w dużej mierze na precyzyjnym żonglowaniu połączonym z niezwykle lekkim, synchronicznym ruchem. Ujmujący bezpretensjonalnością, bliski teatrowi tańca, rysowany wyznaczaną przez artystów niewidzialną geometrią budowanych na scenie sekwencji. Pozorny luz i nonszalancja ich wzajemnych „przepychanek” były tak naprawdę elementami bardzo sprawnej kompozycji muzyczno-ruchowej, z której można było rozczytywać tematy i relacje. Bliskość, konflikt, wsparcie, przyjaźń, samotność, wspólnotowość, równoległości – człowiek/przedmiot, ruch/linia, energia/cisza. Napięcie i uważność. I kontakt z widzami, reagowanie na uliczne nieoczywistości (żonglerka z zahipnotyzowanym przez ruch piłeczki kotem siedzącym za okienną szybą). I poczucie, że bardzo chciałoby się zobaczyć to przedstawienie również w teatralnej sali.

Dwóch na huśtawce – Soon Circus Company (2024)

„Gregarious”. Spektakl łączący niezwykle precyzyjną akrobatykę z minimalistycznym, „skandynawskim” poczuciem humoru. W sposób dowcipny, pomysłowy i bardzo wzruszający opowiada o męskiej relacji. O rywalizacji, potrzebie udowodnienia własnej siły i walki, o przekrzykiwaniu i prześciganiu się nawzajem… Ale tak naprawdę jest to opowieść o poznawaniu drugiego i rozpoznawaniu siebie – rozbrajająca stereotypy męskości, podważająca mitologię wojny. Umiejętnie budująca napięcie, spektakularna w poziomie opanowania akrobatyki, a jednocześnie intymna – grana na półgestach, uśmiechach, spojrzeniach, delikatności i subtelności dotyku. Doskonale wyważona, uważnie operująca detalem, rozbrajająca w swojej czułości. 

Duo Kaos – życiowa pozytywka (2024)

Akrobatyka na rowerach wpisana w kolistą partyturę, której przebieg wyznacza muzyka nawiązująca do dźwięku pozytywki. A w tym wszystkim rozgrywa się opowieść o spotkaniu, miłości, zaufaniu, rozczarowaniu, osamotnieniu, radości, walce, krzywdzie, manipulacji. On – wysoki, charyzmatyczny, opanowany, Ona – perfekcyjna w swojej akrobatycznej sile, a jednocześnie subtelna, kobieca. Na początku ogląda się ich jak poruszające się perfekcyjnie figury, z jasnym podziałem władzy i podporządkowania – stopniowo jednak ten doskonały technicznie świat, bardzo konsekwentny formalnie, staje się bardziej relacyjny, zaczyna opowiadać o człowieku, jego śmieszności, jego sile, jego słabości. O pogoni za miłością. O ucieczce przed uczuciem. O emancypowaniu się do partnerstwa i do życia.

To tylko niektóre z wielu przepięknych spektakli, które miałam okazję oglądać.

Miałam szczęście rozpocząć moją przygodę z OFCĄ od jej specjalnej, 10. Urodzinowej edycji. Zobaczyłam festiwal w rozkwicie – świętujący swój czas, świadomy, poszukujący coraz bardziej artystycznych i niekonwencjonalnych form, pozwalający sobie na spełnianie marzeń, wsłuchany w publiczność. Zobaczyłam festiwal ambitny, stawiający widzom wyzwania, nie bojący się ciszy, czerni, minimalizmu, teatralności. Zobaczyłam wreszcie festiwal, który jest świętem całego środowiska – kolorowym obozowiskiem, gdzie od rana do nocy toczą się improwizowane pojedynki na żonglowanie, akrobatykę, kreatywność, gdzie do późnej nocy trwa (czasem trochę mniej grzeczna…) zabawa, wymiana, wzajemna inspiracja.

Zobaczyłam też ludzi, którzy ten festiwal tworzą i… kochają. Nie boję się użyć tego słowa. Trudno zapomnieć wzruszenie, kiedy podczas uroczystości w namiocie szef festiwalu Tomasz Czyżewski poprosił, żeby wstali wszyscy, którzy pomagają go tworzyć. I wstało trzy czwarte widowni. I wszyscy wyklaskali siebie nawzajem. I bardzo mocno podziękowali człowiekowi, który ich tym wszystkim zaraził. 

OFCA jest teraz w specyficznym momencie. Bez wątpienia jest to festiwal, który umie się robić. Nie ma w tym rutyny, jest za to spokój, świadomość, konsekwencja, dobry dobór przestrzeni, bardzo świadomie budowany program. Ma stałe miejsca: Zamek, Błonia, Rynek, podwórko za pocztą, kilka placów (do każdego dobierany jest inny charakter wydarzeń). Ma kilka cyrkowych namiotów, w których z jednej strony można zobaczyć najbardziej wymagające technicznie widowiska, z drugiej sceniczne spektakle (doskonale nadają się również na wieczorne improwizacje i imprezy). Ma salę widowiskową Miejskiego Ośrodka Kultury, gdzie lokuje przedstawienia potrzebujące ciemności i ciszy. Ma również znakomitą ekipę techniczną, która daje sobie radę z bardzo wymagającymi zadaniami. Ma współpracę władz miasta i stałych sponsorów. Ma oddanych, przeszkolonych, powracających wolontariuszy, którzy czują się jego częścią. Ma wreszcie dyrektora i ekipę programową, która śledzi festiwale, wyłapuje „perełki”. Ma zbudowaną sieć kontaktów i coraz bardziej wie, czego chce (i czego nie chce). Ma też miasto, które nauczyło się festiwalu i uznało go za swój.

To, co może wydarzyć się trudnego, to pułapka oczekiwań. Ludzie mają swoje przyzwyczajenia, po wielu edycjach zaczynają szukać, porównywać, „wybrzydzać”. Zachwyt czasem może zamienić się w marudzenie. To już było, to już widziałem, kiedyś było lepiej, inaczej…

Druga rzecz to presja środowiska: pytanie, czy ewentualna zmiana (w organizacji, doborze repertuaru, sposobie budowania programu) wzbudziłaby bardziej opór, czy bardziej ciekawość? Jaki jest poziom zaufania do autorskiej formuły festiwalu i czy daje mu się wolność podejmowania różnych/innych/nieoczywistych decyzji? 

Na swój sposób symboliczna była ubiegłoroczna zmiana charakteru szaty graficznej – ciągle jest w niej obecny cyrk, ale w wydaniu bardziej kolażowym, artystycznym, z elementami świadomej gry z retro-konwencją. Czuje się, że program – mimo, że budowany możliwie szeroko i bardzo szanujący przyzwyczajenia mieszkańców – stawia im także wyzwania. Nie boi się trudnych tematów, prowokacyjnych formuł, kaskaderskich „zadym” w środku miasta, ale też intymnych, minimalistycznych przedstawień. Czuć, że chce nie tylko zabawiać, ale też edukować swoją widownię – oferując jej bezdyskusyjnie wysokie jakości, proponuje nieoczywiste, ambitne projekty, spektakle w sposób odważny i bezkompromisowy odnoszące się do tematów społecznych, relacyjnych, zadające niełatwe pytania. 

Jestem wdzięczna za OFCĘ. Jest dla mnie odkrywaniem trochę zamkniętego świata, który istnieje w tak intensywny, mocny, rozwojowy sposób, że aż żal, że osoby „spoza środowiska” tak mało o nim wiedzą. Przykre jest to, że pomiędzy „bańkami” twórców działających w obszarach takich jak cyrk (nowy cyrk), taniec (klasyczny i współczesny), teatr (offowy i instytucjonalny) narosło tyle stereotypów, nieporozumień, interpretacji. Bo wszystkie te środowiska (mam tu na myśli artystów rzeczywiście zaangażowanych w poszukiwania i procesy twórcze) idą tak naprawdę w podobnym kierunku. Zależy im na budowaniu mocnych, wartościowych, ważnych wypowiedzi. Zależy im na budowaniu kontaktu z widzem. Zależy im na poczuciu sensu. Zależy im na rozwoju, poszukiwaniu nowych form, pracy z ciałem, ruchem, głosem, znakiem, przedmiotem, muzyką. Wszyscy poszukują na poziomie warsztatu.

Często oglądając spektakl teatru fizycznego zastanawiam się, jak on się ma do technik współczesnego tańca. Kiedy widzę akrobację w tańcu – pytam o cyrk i jego wartości, poszukiwania, techniki. Kiedy widzę teatr przedmiotu, a potem spektakl oparty na perfekcyjnej żonglerce, zastanawiam się czy trzeba, warto, można czynić to rozróżnienie. Za każdym razem jest to po prostu znakomity spektakl. 

Jest jednak coś, co wyróżnia spektakle cyrkowe. Nowy cyrk – jeśli opowiada historię, jeśli umie wpisać swoją mistrzowsko opanowaną formę w autentyczną opowieść – nie może pozwolić sobie na oszustwo. Tutaj trzeba być na sto procent, w koncentracji, w przygotowaniu, bo za każdym razem przekracza się granicę ryzyka. W teatrze można mieć gorszy dzień – zapomnieć tekstu, zaimprowizować działanie. W spektaklu cyrkowym narażasz nie tylko jakość wydarzenia, ale zdrowie (życie?) swoje i partnerów. OFCA taki teatr pokazuje. Warto go tu odkrywać.

Na koniec, już nie o OFCY. Mam marzenie… być może kiedyś powoła się taki festiwal, na którym wszyscy ci twórcy z pozornie różnych światów – a przecież myślący podobnie, szukający w podobnych obszarach, tak samo zafascynowani formą i ukierunkowani na jakość, ale nie wiedzący o sobie nawzajem – mieliby szansę, okazję, możliwość, żeby się poznać i bez uprzedzeń obejrzeć swoje spektakle, wymienić technikami, poimprowizować i poimprezować wspólnie. Jestem prawie pewna, że urodziłyby się z takiego spotkania zaskakujące przepływy i konfiguracje. Sztuka pomiędzy…

 

Zobacz podobne

Cirkus Grand Danois, foto: Magda Boruch

Patrzeć klaunowi w oczy? Relacja z Carnavalu Sztukmistrzów 2026

Pinokio, zwykłe drewno na opał, miał naturę dziką i leśną. Gepetto, znany również jako Majster Czereśnia, tworzył…

Weronika Stencel
XXVIII Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych FETA 2026

XXVIII Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych FETA 2026

W lipcowy, przedłużony o dwa dni weekend (9-12.07.2026) Park Reagana w Gdańsku oraz centrum miasta zamieniły się w ogromną, robiącą…

Anna Sikorska
"Finizioni", Lupa Maimone, Teatr Oltrenotte, foto: Francesco Rosso

‘It’s a Kind of Magic’ – or, Circus Enchantments of Reality

In the Oxford English Dictionary, a ‘trick’ is defined as a ruse. A ploy or cunning manoeuvre intended…

Więcej Tekstów